Nie wtrącam się. Czasami zwyczajnie nie wypada tego robić.

nie wtrącam się

Należę do tych osób, które są raczej neutralne, nie wtrącają się w sprawy innych, tylko siedzą z boku i robią swoje. Gdyby było więcej takich ludzi, to pewnie fora internetowe w większości by padły.

Ostatnio ten temat jest chyba na topie ponieważ jak tylko zapisałam szkic tego wpisu natknęłam się na trzy posty o bardzo podobnej tematyce.

Był moment kiedy miałam wrażenie, że kult idealnej matki aż bije z każdego źródła. Wszędzie pisali co robić i jak robić żeby być taką super, świetną, idealną matką. Milion rad, wskazówek, uwag a zrozumienia zero. W jakim kierunku by się nie poszło, zawsze znalazł się ktoś mądrzejszy, bardziej doświadczony, kto lepiej wie co się powinno, a czego zdecydowanie nie. Każdy „mądry” zwyczajnie właził z buciorami do takiej jednej czy drugiej matki i swoimi radami burzył jej poukładany świat.

Chcociaż, w zasadzie dalej tak jest…

Kiedy urodziłam dziecko miałam stres, ale raczej taki delikatny. Kupiłam mądrą książkę, kilka gazet, ale tak naprawdę prawie do nich nie zaglądałam. Rad odnośnie wychowywania też za specjalnie nie słuchałam. Kilka przyjęłam, od mamy, bo po wyjściu ze szpitala była przy mnie, jednak to wszystko. Skończyło się na tym, że chciałam sama i tyle.

Teraz dobiliśmy do drugich urodzin i kiedy tak popatrzę na swoją córkę to widzę, że szłam w dobrym kierunku. Opłaciło się nie słuchać, nie czytać „mądrych” rad z sieci, nie sugerować się tym co według książek i gazet moje dziecko powinno umieć. Dałam jej wolną rękę i nie naciskałam.

Odkryłam w sobie dryg do macierzyństwa. Zajęło mi to trochę, kilka wzlotów i upadków, płaczu i histerii, że się nie nadaję, ale już jest dobrze.

Cierpliwość coraz bardziej we mnie kiełkuje, co cieszy mnie chyba najbardziej. Nie jestem może  idealną matką dla „matek ekspertek”, ale moja córka raczej nie narzeka. Grunt, że ta cierpliwość ewoluuje.

Jestem trochę z boku kiedy widzę te gorące dyskusje w internecie na tematy, które akuarta są na topie w wychowaniu. Czytam tylko garstkę ich, nie emocjonuję się tak jak co niektórzy, nie biorę w tym czynnego udziału. Myślę, że moje stanowisko w tych sprawach nie wniesie nic co przekonałoby wszystkich uczestniczących w rozmowie, że ja akurat mam rację. Swoje opinie zachowuję dla siebie.

Wiecie co ja myślę? Że każdy w jakimś stopniu ma rację, każdy ma jakieś doświadczenie w różnych sprawach i może komuś jedno pomogło, ale niekoniecznie może pomóc komuś innemu. Ingerowanie w czyjeś sprawy zwyczajnie jest bez sensu, bo  każdy ma własne zdanie, własne doświadczenia i każdy wie lepiej co dla niego jest dobre.

Nie interesuję się życiem innych ludzi, nie staram się ingerować w wychowywanie ich dzieci. Wyjątkiem są tylko sytuacje w mojej pracy, kiedy widzę jak niektórzy rodzice są nieodpowiedzialni, a wódka jest dla nich najważniejsza i przesłania im cały świat. Skutki tego są po prostu okropne dla samego dziecka. Rodzica wtedy nie jest mi szkoda, wtedy mogę dać upust swojemu wzburzeniu i zwyczajnie takiej matce lub ojcu powiem co nieco.

Dobrze wiem, że moje słowa przelatują przez ich głowy bez specjalnych emocji i wiem też, że mają głęboko w poważaniu to co do nich mówię, to mnie ogromnie wzrusza wyraz twarzy dziecka w takiej sytuacji.

Kiedyś myślałam inaczej, chciałam wiedzieć, pytać, starać się na siłę pomagać. Zdałam sobie jednak sprawę, że jeżeli tak naprawdę nie będę mogła pomóc, nic nie zmieni to moje wtrącenie się, to po co mam to robić. Wolę zająć się swoimi sprawami i skupić się na swoim życiu. Znam takich, co żyją życiem innych i wcale im tego nie zazdroszczę.

Ten post to taki trochę wstęp, bo napisałam jeszcze jeden, taki o trzech konkretnych ” hot tematach”, które uderzają mnie po oczach codziennie przy odpaleniu chociażby Facebooka, a w których ja świadomie się nie udzielam. Widocznie ten cały Facebookowy algorytm uznał, że jako matka powinnam być na bierząco w tych sprawach.

Ale o tym już niedługo:)