Coś Wam powiem. Byłam tchórzem…

…bo jako świeżo upieczona mama musiałam udowodnić sobie, że sprawdzę się w nowej roli.
Dzisiaj z perspektywy czasu uśmiecham się pod nosem oglądając zdjęcia z tamtego okresu. Dzisiaj te rzeczy to dla mnie pikuś, ale wteeeedyyyyy…

Kąpiel.

Tak, to jest czynność, która przeraża każdą debiutującą mamę. Ja pamiętam jak przed porodem postanowiłam obejrzeć w internecie parę filmików o tym jak kąpać noworodka. Pierwsze wrażenie…

…pffffff bułka z masłem! Poradzimy sobie.

Potem nastąpiło zderzenie z rzeczywistością i ujrzałam coś co mnie kompletnie zwaliło z nóg. Przyszła na salę pielęgniarka żeby wykąpać moją córkę. Myślę sobie, super przyjrzę się, widziałam filmik, zobaczę to samo na żywo i będę robić w domu to co ona.

Pani położna ubrana w czysty, schludny fartuszek, z uśmiechem na twarzy zrzuciła śpiochy z mojej córki bardzo sprawnym ruchem, zgarnęła ją na ręce i…POD KRAN. O zgrozo! Przecieram oczy i nie wierzę, ona myje ją pod bieżącą wodą, odkłada, namydla i znowu pod kran. Potem gazik w rękę, przeciera kikut pępowiny i sru w ręcznik. A Oliwka? Cicha, spokojna, nawet śmiem stwierdzić że jej się to podobało.

Moja pierwsza myśl? Takiej metody z pewnością nie zastosuje i do cholery! W internecie takiej metody mi nie przedstawili.

Po tym co wtedy zobaczyłam kąpiel była czymś co sprawiło, że nie chciałam wcale opuszczać tej bezpiecznej szpitalnej sali z tak liczną pomocą, którą mi ona zapewniała. Po powrocie do domu cały dzień przygotowywałam się psychicznie do godziny zero, aż wieczorem stajemy oko w oko z wanienką, ja już upocona, wcale nie gotowa, dziecko spokojne…jeszcze, rękawy zakasane po same pachy i kąpiemy.

Szybko to nie trwało, spokojnie też nie było. Było głośno i te paręnaście minut wlokło się w nieskończoność. Wtedy, zdecydowanie bałam się kąpać własne dziecko.

Przewijanie.

Bałam się, szczególnie takiego po dwójeczce. Nie każdy radzi sobie z tak specyficznymi zapachami i z tym, że musi je posprzątać. Ja w pracy miałam często styczność z tak brzydko pachnącymi osobami (chociaż to porównanie raczej tu nie pasuje ;)) i to mnie trochę zahartowało, ale obawa i tak była. Kiedy moja córka się urodziła minęła prawie doba zanim ją przewinęłam, bo zwyczajnie zapomniałam. Przy takiej ilości emocji, informacji w tak krótkiej chwili, rzecz tak oczywista zwyczajnie wyleciała mi z głowy. A pielucha… hmmmm… pełniutka ;)

Dzisiaj jestem w stanie zmieniać pieluchę w środku nocy z prawie zamkniętymi oczami, czasami jestem zmuszona wyławiać „niespodzianki” z wanny podczas kąpieli i wycierać brudny tyłek w biegu, bo mi dziecko potrafi zwiać z łóżka kiedy sięgam po chusteczki. Tak, teraz to wszystko to pikuś. Teraz uważam, że kupa jest jedną z tych rzeczy, które są najbardziej wyczekiwane i wywołują jeden z największych uśmiechów na twarzy każdej mamy.

Karmienie piersią.

Bałam się bólu, bałam się karmienia. Wiedziałam, że będzie bolało na początku, że moje piersi będą prawie krzyczeć o długie kąpiele w lodzie. Potem był luzik, zero bólu, parę tygodni i…musiałam wskoczyć z butelką. Pokarm się skończył,  cztery dni wiecznego płaczu, nikt mi nie powie że zrobiłam źle, bo patrząc na cierpienie mojej córki przeczekiwanie „gorszego okresu” w karmieniu piersią miałam głęboko gdzieś.

Ogólnie, to na temat karmienia piersią nie będę się rozwodzić, bo zdążyłam zauważyć jakie emocje w internecie wywołują takie tematy. Ja jestem w tej kwestii bardzo tolerancyjna i uważam, że to indywidualna sprawa, a innym „życzliwym” matkom nic do tego.

To wszystko dzisiaj jest dla mnie abstrakcją i nawet nie mogę odświeżyć sobie w głowie dokładnych emocji jakie towarzyszyły mi wtedy. Bałam się jak cholera, ale też w całym tym bólu podświadomie wiedziałam co robić. Wtedy powoli docierało do mnie co to jest ten cały instynkt macierzyński.

Dzisiaj jestem gotowa na drugie dziecko i mimo doświadczenia jakie już zdobyłam, w jakiejś części dalej będę tchórzem. Wiem jednak, że to całe tchórzostwo jest z miłości.

Tylko i wyłącznie :)